Prezentacja multimedialna.

 

Krótka opowieść o wyprawie Kingi Baranowskiej i Rafała Froni na piąty szczyt świata

4 kwietnia-29 maja 2013

atak szczytowy 20-25 maja.

 

Pojechaliśmy.

By zdobyć szczyt, by powalczyć, by pobyć w dziczy górskiej, wspinać się, nacieszyć oczy widokiem surowego piękna…

Wylecieliśmy 4. kwietnia. Wcześnie, tak by mieć czas dla tej góry, która schowana daleko za doliną rzeki Barun wymaga od wspinacza czasu właśnie. Nie da się szybko. I okazało się, że mieliśmy rację. Czas w tej wyprawie miał wielkie znaczenie.

Nepal przywitał nas strajkami. Stanęło dosłownie wszystko, nawet riksze i taksówki, o sklepach nie wspomnę, a potem przyszły mgły w Thumlingtar. My na lotnisko, pełni optymizmu, a tu wieść, że samoloty nie latają, i tak przez kilka dni. Kiedy wreszcie dolecieliśmy, znów dogonił nas strajk. I tak na samym starcie złapaliśmy tygodniowy poślizg, do którego doszły jeszcze dwa dni czekania w dolnej bazie z powodu śnieżycy. Ale nic nie trwa wiecznie, siedmiodniowy, ciężki trekking 11-18 kwietnia przez dżunglę, piargi i przełęcze dobiegł końca, a my 21 kwitnia dotarliśmy do położonej na potężnej skalnej bule na wysokości 5650 m bazy.

Akcja górska rozpoczęła się 22 kwietnia, kiedy po całonocnej śnieżycy wyszliśmy wynieść depozyt do tzw. Crampon point. Tu zaczyna się lodowiec i właściwe wspinanie. Niżej góra przypomina pokruszony kamieniołom zasłany ostrymi kamieniami, które ciągle osuwają się spod butów.

Pogoda dobra, zapał pchał nas do góry, więc w następnym wyjściu bez problemu założyliśmy obóz pierwszy na krawędzi śnieżnego płaskowyżu. Następnego dnia podnieśliśmy go do miejsca obozu drugiego, który stał się później naszą “jedynką” - po aklimatyzacji dochodziliśmy tu z bazy w niecałe sześć godzin. To przymusowy spacer, droga wiedzie pomiędzy serakami i szczelinami wijąc się po śnieżnych mostkach. Niby nudno, brak trudności, ale w każdej chwili można znaleźć się kilkadziesiąt metrów niżej oglądając lodowiec od spodu, więc czujność konieczna. Często słyszałem jak Kinga krzyczała do mnie: „wpinaj się”, „wiąż się”, i w pamięci stawał obraz kotła na Dhaulagiri, też łatwego śnieżnego zbocza… i szczelin.

Założyliśmy dwójkę na 6800 m, wykopaliśmy porządną platformę i wzmocniliśmy kopułę linami – dwójka to najważniejszy obóz, będzie tu stał do końca wyprawy, a wiatry mogą zdziałać cuda.

Nastał maj, a my wynieśliśmy depozyt na Makalu La na 7450 m. W ścianie były stare liny i haki, wydaje mi się, że widziałem sznury z wyprawy w ramach programu „Polski Himalaizm Zimowy”, sprzed dwóch lat.

Wreszcie stanął obóz nad przełęczą. Wiatr pędzi tu tumany śniegu, wieje praktycznie ciągle, tylko rano jest jako tako - potem nawet nie ma co myśleć o rozstawieniu namiotu. Dlatego wychodząc z „dwójki” trzeba o tym pamiętać i zacząć wspinaczkę odpowiednio wcześnie, jeszcze nad ranem.

W końcu noc w w trójce zaliczona, przed kolejną wygania nas z przełęczy wiatr, schodzimy do bazy. Zaczynają się długie dni oczekiwania na pogodę. Z każdym mniej czasu na jeszcze jedno wyjście aklimatyzacyjne, a prognozy kiepskie. Amerykanie mówią, że wiać przestanie dopiero po 21 maja, z Polski prognozy lepsze, wg nich wieje mniej i jest bardziej optymistycznie, guru od pogody, meteorolog Carl Gabl z Austrii, firma Meteotest ze Szwajcarii, każdy ma swój kanał pogodowy, swoją koncepcję na termin ataku i kombinuje po swojemu. Jednak wszyscy czekają na prawdziwą ciszę w górze. A tam wiatr podnosi śnieżne chmury na setki metrów, a sama góra „dymi pyłem” jak wulkan.

Do ataku ruszamy 20 maja. Pogoda w dolinie cudna, upał na lodowcu, śnieg znika odsłaniając błękitny, twardy i niebezpieczny lód pokrywający zbocza. Trzeba uważać. W drodze mamy nowe informacje o prognozie pogody - okno się przesuwa, czekamy więc w dwójce kolejną dobę. A góra pustoszeje, w trójce mijamy się z ostatnimi, którzy schodzą, zostajemy sami z widniejącym już tak blisko szczytem.

Czwórka, 7850 m. Wysoko, bardzo wysoko. Namiot kolebie się na wardze pod serakiem pomiędzy zboczem a szczeliną brzeżną, tuż obok bariera seraków, za nią kuluar wiodący na grań szczytową. Mamy ruszyć o godz. 2 w nocy.

Wieczór spędzam na wycinaniu starych lin i przenoszeniu ich do depozytu w serakach. Mają posłużyć do zaporęczowania tego lodu przed kuluarem. Nadchodzi noc, wiatr i nasze złe samopoczucie. Kinga i ja czujemy się źle, słaba aklimatyzacja daje o sobie znać, a okno pogodowe się zamyka. A szczyt pozostaje niezdobyty…

Czasu na kolejny atak już nie ma, idzie ku nam monsun. 27 maja opuszczamy bazę. Z niedosytem, ale cali i zdrowi.

Ciekaw jestem, czy trzeba będzie tu wrócić? Czy góra upomni się o kolejne 5 milionów sekund? Czasem jest tak, że musimy wrócić, czasem bez żalu wracamy do codzienności porzucając śnieżno lodowe zbocza. Czas pokaże…

 

Rafał Fronia

 

 alt  alt alt

               alt alt

 

Wstęp wolny.

Prelekcja dofinansowana przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki  Wodnej we Wrocławiu.